Kiro był lubiany przez wszystkich kolegów. Poświęcał znaczną część swojego czasu treningowego, by pomagać tym, którzy nie radzili sobie z niektórymi z bardziej skomplikowanych ruchów. Jego reputacja rosła z upływem czasu, aż wkońcu jego imię było rozpznawalne w całym regionie.
Pewnego dnia, mistrz zapisał Kiro do kolejnego turnieju, będącego częścią festiwalu wrześniowego księżyca. Impreza była organizowana w mieście oddalonym o kilkanaście kilometrów, gdzie Kiro wraz z mistrzem udali się z samego rana. Podczas turnieowych zmagań, Kiro przyszło zmierzyć się z róznymi rywalami. Jak ich pokonywał z czasem, jego wiara w samego siebie rosła. W jednej z tych potyczek, stanął na przeciw niego niski, długowłosy młodzieniec, którego Kiro pamiętał ze swojej wioski, w której kiedyś chłopak również mieszkał. Dobrze wiedział, że umięjetności które posiada, dalece wyprzedzają te, które posiadał jego oponent. Był świadom, że może wygrać bez rzadnych problemów i tak też się stało. Następnie dotarł do finału, który zwyciężywszy, uczcił wspaniałą kolacją wraz ze swoim mentorem.
Kiedy obydwaj zajadali się lapami niedźwiedzia i innymi smakołykami oferowanymi w oberży, usłyszeli nagle ogromny rwetes na zewnątrz. Zainteresowani okrzykami, odeszli od stołu i wychodząc ujrzeli tego samego długowłosego chłopca, z którym wcześniej tego samego dnia przyszło się zmierzyć Kiro w eliminacyjnej walce. Chłopak z wyraźnym przerażeniem na twarzy, trzymając prosiaka pod pachą, uciekał przed grupą rozwydżonych wieśniaków, donośnie wykrzykujących 'zatrzymać go! Zatrzymać złodzieja!' Długo się nie zastanawiając, Kiro wyskoczył na podejście zastawiając przy tym drogę ucieczki złodziejaszkowi. 'Wypuść prosiaka i poddaj się!', krzyknął donośnie Kiro. Uciekinier, gwałtownie zatrzymawszy się, bez chwili zastanowienia wykonał proste kopnięcie w przód, lecz Kiro widząc co się dzieje, zablokował go. Nadal ściskając zwierzaka w ręce, młodzieniec skręcił się do boku i z całym impetem wyrzucił nogę kopnięciem bocznym. Tym razem stojący na straży prawa karateka, zaskoczony obrotem sytuacji, upadł na ziemię, wykonując przy tym efektowny fikołek, który uchronił go od doznania poważnych obrażeń. Gdy podniósł się z ziemi, nie pozostało mu nic innego, jak otrzepać się z kurzu, jako że porywacza trzody nie było już ani widać ani słychać. Przyglądający się temu wszystkiemu z boku mistrz, zachęcił swojego podopiecznego, by ten udał się z nim spowrotem do środka i podzielił swoimi spostrzeżeniami z własnie zaistniałej sytuacji.
'Nauczycielu, jak to się stało, że ktoś kogo wcześniej pokonałem, teraz będąc zdyszanym i przestraszonym, trzymając na dodatek w ręku zwierzę, był w stanie mnie pokonać?' W jego głosie nie było gniewu, czy zdenerwowania. Było to raczej zdumienie i konsternacja. W odpowiedzi na to usłyszał: 'Kiro, nie powątpiewaj w swój talent jako wojownik. Zamiast tego, wysłuchaj pewnej przypowieści Zen, która byćmoże wyjaśni Ci czego właśnie doświadczyleś'. Mistrz napił się świeżo przyniesionej zielonej herbaty i rozpoczął opowiadać historię lisa goniącego królika. 'Zdarzyło się kiedyś, że pewien starszy adept Zen przechadzał się ze swoim uczniem, kiedy w pewnej chwili dostrzegli królika ściganego przez lisa. Mistrzu, zastanawiam się które z nich odniesie sukces?', rzekł uczeń. 'Zgodnie ze starą baśnią' - odpowiedział mędrzec - 'zając ostatecznie ucieknie lisowi'. 'Ależ mistrzu, lis jest szybszy od zająca i na pewno go dogoni' - wyraził swoją opinię uczeń. Nauczyciel nadal upierał się przy swoim zdaniu, że zając wyjdzie z całej tej sytuacji obronną łapą. 'Skąd masz taką pewność?', odezwał się powątpiewający młodzieniec. Mędrzec kończąc pogawedkę podsumował to w taki oto sposób: 'Lis biegnie po swoj obiad, drogi chłopcze, a zając z kolei po swoje życie'.
źródło: "Mity i Legendy Sztuk Walki"
Peter Lewis
|